|
Wyleciałam z Warszawy i wylądowałam na lotnisku JFK 14 kwietnia, wcale niezmęczona, bo udało mi się spać całą drogę i jak zwykle niepotrzebnie wzięłam książkę. Zdjęcia od widoku z mojego okna na Perry Street w West Village w Nowym Jorku do fotki na której stoi wytatuowany facet z komórką z przedłużaną limuzyną w tle pokazują cudną pogodę w cudnym mieście, wizytę z moimi przyjaciółmi Modern Art Museum, nowojorskie East Village i miejsce najlepszymi ostrygami na Grand Central, wystawy sklepowe, stragany z jarzynami, widoki z okien biura mojego kolegi na tyłach Times Square, Piątą Avenue, kultowy teatr La Mamma, gdzie występował teatr Kantora i po prostu ulice zawsze wesołe i zatłoczone. Nie mam czasu na poszczególne podpisy, a szkoda. Gdziekolwiek jestem fotografuję telewizor z ciekawym programem. W tym wypadku jest to debata Obamy i Clinton. Obama podobał mi się mniej, bo nie jest kobietą. Osoby na zdjęciach to moi amerykańscy przyjaciele, acz jest też Francuz grający na marimbie ze swoją narzeczoną marimbistką, Polką. W MOMIE wystawa o kolorach, stąd neony. Wstęp 20 dolarów, teraz wypada niedrogo. Reszta, jak sugeruje mój partner Profesor do obejrzenia w Internecie na stronie nowojorskiej. W Nowym Jorku jest najwyższe niebo na świecie i pełno powietrza, które smakuje jak sorbet z mango. Moda absolutnie indywidualna. Eleganci na czarno. Włosy dłuższe, umyte co dzień, zęby kompletne i chętnie pokazywane. Zapytani o drogę, czy poproszeni o pomoc nowojorczycy są przemili. A teraz jeszcze będą chudzi, bo przy każdym produkcie w miejscach z fastfood, musi być podana liczba kalorii. Np. hamburger ma 1000, a sernik 490. Uwaga! No i wszędzie pełno kwiatów, ani śladu śmieci. Żyć nie umierać, ale miałam w planie Washington, który też kwitł. |