Zdjęcia Od 1 do 43

Wyleciałam z Warszawy i wylądowałam na lotnisku JFK 14 kwietnia, wcale niezmęczona, bo udało mi się spać całą drogę i jak zwykle niepotrzebnie wzięłam książkę. Zdjęcia od widoku z mojego okna na Perry Street w West Village w Nowym Jorku do fotki na której stoi wytatuowany facet z komórką z przedłużaną limuzyną w tle pokazują cudną pogodę w cudnym mieście, wizytę z moimi przyjaciółmi Modern Art Museum, nowojorskie East Village i miejsce najlepszymi ostrygami na Grand Central, wystawy sklepowe, stragany z jarzynami, widoki z okien biura mojego kolegi na tyłach Times Square, Piątą Avenue, kultowy teatr La Mamma, gdzie występował teatr Kantora i po prostu ulice zawsze wesołe i zatłoczone. Nie mam czasu na poszczególne podpisy, a szkoda. Gdziekolwiek jestem fotografuję telewizor z ciekawym programem. W tym wypadku jest to debata Obamy i Clinton. Obama podobał mi się mniej, bo nie jest kobietą. Osoby na zdjęciach to moi amerykańscy przyjaciele, acz jest też Francuz grający na marimbie ze swoją narzeczoną marimbistką, Polką. W MOMIE wystawa o kolorach, stąd neony. Wstęp 20 dolarów, teraz wypada niedrogo. Reszta, jak sugeruje mój partner Profesor do obejrzenia w Internecie na stronie nowojorskiej. W Nowym Jorku jest najwyższe niebo na świecie i pełno powietrza, które smakuje jak sorbet z mango. Moda absolutnie indywidualna. Eleganci na czarno. Włosy dłuższe, umyte co dzień, zęby kompletne i chętnie pokazywane. Zapytani o drogę, czy poproszeni o pomoc nowojorczycy są przemili. A teraz jeszcze będą chudzi, bo przy każdym produkcie w miejscach z fastfood, musi być podana liczba kalorii. Np. hamburger ma 1000, a sernik 490. Uwaga! No i wszędzie pełno kwiatów, ani śladu śmieci. Żyć nie umierać, ale miałam w planie Washington, który też kwitł.


Zdjęcia od 44 do 84

Zamieszkałam u przyjaciela Amerykanina w super miejscu koło dzielnicy ambasad. Na pierwszym zdjęciu klatka schodowa jego domu, który jest na zdjęciu drugim, a potem widoki na monumenty i drogą dzielnicę Georgetown, która jest niziutka i kameralna. Miasto dzieli się na część rządową, monumentalną, i niską angielską resztę. Żaden budynek nie ma prawa być wyższy niż obelisk, więc nie ma wieżowców. Co za ulga! W części urzędowej, urzędowe garnitury, jak u nas w centrum. Reszta mieszkańców ubrana najprzeciętniej na świecie. Uroda też dyskretna, delikatnie mówiąc. To miasto nie jest ekstrawaganckie, za to dla ludzi. Muzea, a w nich wykłady i pokazy filmów za darmo, dlatego chętnie wpada się choć na jeden obraz, „na ząbek”. Z ciekawostek Amerykanie, tak jak my mają tylko jeden obraz Leonarda da Vinci. To nas upodobnia do Stanów. Ulice w porównaniu z NY zupełnie puste. Pogoda cudna, czysto i przestrzennie, bardzo grzeczni kierowcy. Jest wielka katedra, którą widać z dachów domów, które mają wydzielone bezpieczne miejsca urządzone jak kawiarniane ogródki. Taki to kraj, bo w NY dachy też dla ludzi. Potem urocza wycieczka do miasteczka Friderik założonego w XVIII wieku przez Niemców, a tam same antykwariaty jeden po drugim. Meble, antyczne kapelusze, stosy, platerów, a przy obecnym kursie dolara wszystko za darmo. Kostiumy z epoki i karczma chyba najstarsza w Stanach. Ale najważniejsze muzea. Space Museum, pełne samolotów oraz statków kosmicznych i to tych sławnych, prawdziwych, oczywiście tych, co im się udało. Z ciekawostek tuba prysznicowa do kąpieli w stanie nieważkości. National Galery z cudną kolekcją renesansową i impresjonistów, Muzeum Szpiegostwa, Architektury, Portretu, Sztuki Kobiet i Przyrodnicze, ale się boję dinozaurów, to nie poszłam. Wszystko ogromne, drogie i czyste, a sklepy muzealne jak centra handlowe. W China Town Chińczycy niewidoczni, za to jak wszędzie tłumy Afroamerykanów z nadwagą. Wróciłam luksusowym autobusem z czystą toaletą. Cena 10 USD za 4 godziny z klimatyzacją. Jaja, prawda? I tak sobie żyje ten kraj w kryzysie.

Zdjęcia od 85 do końca

Na zdjęciu pierwszym znowu Nowy Jork, znowu ja na Perry Street, a niedaleko kilka stacji subwayem, dół miasta tzw. „dziura” po WTC. Już mogę ją spokojnie oglądać, pierwsze 3 lata płakałam, wysiadając z metra, żeby dopaść najtańszego na świecie sklepu markowego CENTURY 21. To mekka ciuchów. Powstała, kiedy wieże jeszcze stały. Teraz koło sklepu dźwigi, Libeskind zaprojektował jakiś super wieżowiec, jeszcze wyższy niż te, które opłakuje miasto. Koło niego mają stać mniejsze. Potem na zdjęciach krzesła z hebanu i srebra przedstawiające Empire State Building i katedry Gaudiego w Barcelonie. Autorem jest mój drugi eks mąż, najbardziej utalentowany facet na świecie, a krzesła absolutnie unikalne. Domek widoczny na zdjęciu to miejsce akcji serialu „Seks w Wielkim Mieście”. I zawsze tłumy Japończyków z aparatami, tak jak koło cukierni, tuż obok, pełnej paskudnych babeczek, to tu bohaterka kupowała ciastka. Ludzie mają świra. Na koniec ja w samolocie LOT-u, który bardzo ostatnio zadbał o jedzenie i komfort jazdy, choć na lotnisku Polacy do odróżnienia z kilometra. Nadwaga, karczycha i podgolone łebki, na tle amerykańskim - jak z Alcatraz. Wróciłam 3 maja i do teraz cierpię na jetlag, czyli skutki 6-cio godzinnej różnicy w czasie. U nas 6 godzin później.