Zakład

Marzec świecił już wiosennie, ale resztki śniegu na dziedzińcu i północnej stronie dachu dawały nadzieję, że jeszcze będzie paskudnie. Wielki, brązowy, pokryty grynszpanem posąg kondotiera Colleoniego stał zwrócony nasrożoną miną w stronę bramy. Pomalowane rok temu plakatówką z okazji świąt Wielkiąjnocy jaja konia już mocno spłowiały ale i tak był piękny jak pocztówka nadesłana z Renesansu.
Na drugim piętrze budynku D, jak zresztą na parterze i pierwszym piętrze, pięknie pachniało terpentyną i egzotycznymi żywicami. Po samo to warto było studiować na Akademii.
Na korytarzu było bardzo jasno i przezroczyście. Promienie wpadały barokowo-dramatycznie i celowały w ściany poplamione farbami i węglem od stu lat, a przynajmniej na tyle to wyglądało pomimo corocznych remontów.
Panował senny spokój, jak zwykle na przerwie.
Kiedy jeszcze o staniu na tym korytarzu mogła tylko marzyć, wyobrażała sobie, chodząc jak facet przed porodówką koło pięknego pałacu na Krakowskim Przedmieściu, że na ASP dzieje się coś wspaniałego.
Jak w słonecznym akwarium pływały za kutym parkanem rozgadane grupy malowniczych, dziwacznych studentów, dyskutujących z pewnością o wielkiej sztuce, no bo o czym? No i absynt, trawka, wódka, piękne dziewczyny, grupowy seks i wielcy profesorowie, łagodnie mówiący, jak malować i żyć.
Sztuka przez duże „s".
Poza tym na dziedzińcu stały wabiąco zagraniczne auta ze szczególnym uwzględnieniem starych garbusów. Poza Akademią samochody mieli tylko studenci z łódzkiej Filmówki.
Pozycja, jaką dawała Akademia na studenckiej drabinie, i to, że ona umiała tylko malować, sprawiały, że ani przez chwilę nie miała wątpliwości, że któregoś dnia rozkwitnie na dziedzińcu ASP niby fanfan tulipan.
Ponieważ, póki co, ze strachu nie wchodziło w rachubę nawet wejście przez świętą bramę pod okiem zblazowanych przyszłych kolegów-geniuszy, co dzień przyjeżdżała autobusem z poplamionym starannie farbami blokiem pod pachą i szwendała się, udając studentkę.
Jak wszyscy z zewnątrz nie miała pojęcia, co naprawdę dzieje się w środku. Niedawno się dowiedziała.
Nie działo się nic, co powinno na tak słynnej ze zdeprawowania uczelni. Na korytarzu panowała nuda jak na politechnice.
Zwykle na przerwach gadali na ławce pod pracownią, tym razem nikt nie wyszedł, bo na podium została goła jak święta turecka modelka. Leżała i spała sobie po ciężkiej nocy.
O modelkach - integralnej części dziwnego stwora, jakim była ASP - można było napisać poemat, ale nikt nie miał czasu.
Pozowały, oprócz odwiecznych gwiazd, młode i piękne ple-bejsko prostytutki z Europejskiego. Akademia zapewniała im świadectwo zatrudnienia. A to z kolei dawało możliwość normalnego funkcjonowania w restrykcyjnym komunistycznym społeczeństwie, gdzie nie było kurew i tym podobnych świństw.
Nikogo nie obchodziło to, że zarabiając na pozowaniu pięćdziesiąt centów za godzinę, mogą sobie kupić za kilka tysięcy dolarów peweksowskie mieszkanie w plombie w samym centrum i opłacać pobyt nieślubnych dzieci na prowincji. Miały papier.
Nosiły drogie futra i buty. Były proste, wesołe i kupowały piwo.
O dziwo, pomimo że czasem bardzo młode, nie robiły na nikim erotycznego wrażenia, pełniąc rolę wazonu lub jabłek, które z braku laku malowali, żeby coś robić.
Gwiazdy-seniorki nie zostawały na przerwę. Chodziły w starych jesionkach zarzuconych na gołe ciało i śpiewały przedwojenne piosenki lub wyłudzały papierosy. Były, w przeciwieństwie do większości studentów, rdzennymi przedmiejskimi warszawiankami.
Gruba, bielutka z sinymi żyłkami, o ciele jak nieupieczony chleb, który spadł z dużej wysokości, Eufemia, której imieniem nazwano kawiarnię w budynku rektoratu, niegdyś chyba lekkich obyczajów, farbowała pomarańczową henną tylko grzywkę, bo dalej nie sięgała grubymi rączkami-płetwami.
Jej popisową piosenką była „Jechała pani z panem aeroplanem, on jej przykładał pszczołę na dupę gołe i w tem podniebnym aucie dokonał gwałt się". A kończyło się to słuszną konkluzją: „To wcale nie jest miłe ani wesołe, przyłożyć komuś żywą na dupę pszczołę". Nikt nie polemizował, i nigdy nie mieli dość jej przepalonego piskliwego głosiku zdeprawowanej myszki.
Wiktoria, czarnowłosa, wymalowana jak Carmen w drugim akcie, z psem kundlem, który za pozowanie też dostawał pieniądze. Istniało domniemanie, że z psem owym współżyła, tyle że zdania były podzielone, czy normalnie, czy oralnie. Psu się ewidentnie podobała z wzajemnością. Studentom też, bo miała wyraziste ciało o wąskiej talii i nieprawdopodobnym słoniowatym białym zadzie.
Nieduże ładne piersi sugerowały jej niegdysiejszą urodę. Też lubiła sobie pośpiewać, ale wolała opowiadać o swoim przedwojennym powodzeniu u książąt krwi i oficerów, czemu nikt się nie dziwił, acz wypuszczali ją jak dziecko, udając powątpiewanie. Wtedy przysięgała na głowę psa-kochanka i jakoś cztery poranne godziny malowania schodziły.
Koścista, wysoka, siwa blondyna, którą zwano półchłopek, bo nigdy nie zdejmowała wielkich różowych majtek, a bez tego trudno mieć pewność, chodziła korytarzem, paląc sporty, i patrzyła miłym wzrokiem pociągowego konia. Potem okazało się, że osłonowe majtki były dodatkiem do nazwiska, a nie przezwiska. Do dziś nie wiadomo, co kryły trykotowe gacie. Może nawet całego chłopka, sądząc z barytonu modelki.
Spacerowały korytarzem, znosząc bez wrażenia średnie żarty. Spoufalone z profesorami, których pamiętały jako studentów, intuicyjnie znające swoją wartość, były integralną częścią Akademii jak orły na bramie. Potrafiły wpaść gołe na radę wydziału, by pokazać, że im ktoś pomalował tyłek farbą przez sen w czasie pozowania, co zdarzało się od czasu do czasu, oczywiście z nudów.
Pozy leżące były dla nich rajem, a stojące katorgą. Zależały od asystenta, który ustawiał je raz na dwa tygodnie. Ciągle to samo do wyrzygania.
Z modelkami się nie spało. To, jak czarne peleryny i gruźlica, było modzie w XIX wieku. Współcześnie spało się pozornie monogamicznie z czujnymi koleżankami z pracowni, zdradzając je po cichu a koleżankami z innych wydziałów, które u siebie też były monogamiczne.

Kiedy przyszła na ASP w październiku, przeniesiona z Torunia, na drugi rok malarstwa, wszystkie pary już były gotowe. Przeważnie od hufców pracy, czyli wstępnych wakacji w jakiejś fabryce, gdzie malowało się i pracowało, dewastując niechcący wszystko na drodze, a czasem siebie.
Był to obowiązkowy superpomysł z dziedziny socjalistycznego wychowania przez pracę i kontakt nawalonych młodych artystów z nawalonym ludem.
Mimo to wszyscy jakoś na siebie poupadali jak w bajce o rzepce, a na nią jakoś nikt, bo jej tam nie było.
Również od czujnego wejścia na poranne malarstwo ewidentnie się nie podobała w swoich wytwornych, donaszanych po matce beżach.
Dwa dni siedziała pod pracownią z kasetą i małym blejtramem. Czujnie obserwowała wchodzących i wychodzących. Liczyła na jakieś pytanie. No i się nie doliczyła. Wszyscy byli hermetycznie antypatyczni, a ona została zmieniona w powietrze.
Trzeciego dnia profesor, idący na korektę, zapytał, co tak sobie siedzi.
Co za ulga!
Kiedy weszła za nim do pracowni, zobaczyła jarzące się wilcze ślepia zgranej paczki, która niejedno przeżyła razem. Miała prze-chlapane od pierwszej chwili.
Drugim powodem braku zainteresowania jej osobą mogło być to, że się nie kwapiła do zalotów. Może dlatego stała w dziwnych promieniach sama, oparta o poręcz barokowych schodów, paląc siekierę - extra mocnego bez filtra.
W pracowni, do której ją przydzielono, nikt też nie podobał się jej, chociaż pierwszego dnia bała się strasznie, że są zbyt wspaniali jak na jej prowincjonalne, toruńskie możliwości, dlatego czekała na cud na korytarzu. Wchodząc legalnie przez bramę z orłami, miała nadzieję na jakiś natychmiastowy romans ze zdeprawowanym, poplamionym farbami kolegą ze starszego roku albo asystentem, co w Toruniu było miłą osłodą ciężkich studiów.
A tu się okazało, że dwa pierwsze lata malowali w pracowniach--wylęgarniach, nie mając prawie kontaktu ze starszymi kolegami, a asystent i profesor byli starcami na pograniczu zejścia, czyli koło czterdziestki.
Nie miała nosa do marzeń.
Co lepsi koledzy z roku byli zajęci, a do wzięcia pozostali nie-foremni wieśniacy, wyrabiający podwójną normę, żeby odpłacić socjalistycznej ojczyźnie za dodatkowe punkty egzaminacyjne i za to, że uhonorowała ich słuszne pochodzenie, przymykając oko na artystyczne walory.
Zwykle zaaferowani, niscy, niestylowi, płaskogłowi, ambitni, ukryci za pełną kompleksów zaczepnością, nadawali się na działkę pracowniczą, a nie na szał Podkowińskiego.
Nie wyglądało to dobrze.
Krew nie woda, serce nie sługa, a to, że już zdążyła złowić kandydata na męża, to co innego, bo jak większość inteligentnych kobiet nie myliła małżeństwa z romansem.