Smutny Portorykanin w liberii zaanonsował ją telefonem. Wjechała na 10. piętro. Zadzwoniła. Drzwi otworzyła gosposia, też z Puerto Rico. Za nią stał transwestyta w różowym szlafroku obszytym futrem z norek. W ustach miał peta, a na głowie błękitne idealnie uczesane loczki. Po bliższym obejrzeniu okazał się rosłą kościstą staruszką, która przywitał Molly przyjaznym skrzekiem. Piły kawę w salonie pełnym obrazów impresjonistów. Ale jaja. Same oryginały, a na dodatek kilka płócien wielkiego malarza Kooninga. Popielate, zdeformowane sylwetki, malowane grubymi pociągnięciami pędzla. Siedziały przy empirowym stole, a głowa Molly kręciła się z zachwytem jak latarnia morska.
Interview było krótkie, bo się sobie niezwykle spodobały i babcia zaprowadziła Molly do wielkiego pokoju z zasłoniętymi oknami. Na pólkach, które go otaczały, stały prawdziwe skarby. Stanęło na 10 dolarach za godzinę plus lancz, bo staruszka była twardym negocjatorem i od razu zorientowała się, że Molly chętnie by została nawet za darmo. Zaczynała od jutra.
Opowiadała o wszystkim Karolowi, Ewie i Tarantuli, którzy twierdzili, że sprzedała się za tanio, ale to było 8 dych dziennie. Daj Boże zdrowie. 400 tygodniowo. Koniec z kłopotami, więc zadzwonili po Ewę i skoczyli do dyskoteki w Soho. Tańczyła z Karolem, który jak zwykle się popisywał, ale i tak był boski w swoim lipsie podwójnym połączonym rock and rollem, a potem został na noc. Gadali przed snem, ale drapanie po przedramieniu się nie kleiło i nie było tak jak kiedyś. Postanowiła wrócić do poszukiwania męża i kochanka, najlepiej dwa w jednym.
Następnego dnia z albumem i zeszytem w pięknej torbie, podróbce Louisa Vuittona, kupionej na Canal Street, weszła do mieszkania babci, wdowy po facecie, który miał fabrykę słynnych papierosów Camel, ale umarł kilka lat przedtem zostawiając fortunę i kolekcję brązów dwumetrowej żoneczce, w chwili obecnej, lat 86.
Molly marzyła o natychmiastowym zaszyciu się w magazynie. Nic z tego. Portorykanka wniosła do sypialni z wielkim złotym łożem dzbanek z kawą i srebrny talerzyk biszkoptów. Staruszka ewidentnie się nudziła, bo rozsiadła się w pościeli, tym razem lekkiej, błękitnej lizesce wykończonej piórami marabuta.
Molly musiała opowiedzieć o sobie. Kiedy babcia dowiedziała się, że jest dyplomowaną artystką, ma mamę adwokata i ojca oficera, a narzeczonego profesora matematyki, zbaraniała i zapytała, po jaka cholerę jej praca, skoro ma takie bogate korzenie? Nie była w stanie zrozumieć emigracji, nigdy nie słyszała o Polsce, ani solidarności. Początek opowieści o stanie wojennym zbyła machnięcie wymanicurowanego szpona ozdobionego wielkim brylantem. Odgryźć by taki paluszek, mniaam...