 Jechali coraz bardziej obskurnymi uliczkami, które wyglądały jak z horroru o Nebrasce. Sterty śmieci, rozprute foliowe worki i dziwnie kontrastujące z nimi bardzo porządne czerwone hydranty. Murzyn jechał jak po swoje. Ona z kolei była pewna, że nastąpiła jakaś pomyłka, bo co jak co, ale na tej ulicy nie było z pewnością ani jednego mieszkalnego domu. Same garaże pomalowane sprejami bez ładu i składu. Okazało się, że są na miejscu, czyli pod zamkniętym na metalową żaluzję garażem na puściutkiej ulicy. Zgadzał się numer jeden i drugi, zgadzało się osiemdziesiąt dolarów na liczniku.
Nagle została sama z dwiema ogromnymi walizami, ubrana jak laleczka z Kalifornii w białych jedwabnych spodniach, lnianej bluzce z tygryskiem wyhaftowanym na plecach, z rudymi nieuszkodzonymi podróżą lokami, w pięknych białych sandałkach wysadzanych sztucznymi kamykami. Nigdy w życiu nie wydawały się jej bardziej idiotyczne. Czuła się jak obrana krewetka i stała słupka, umierając ze strachu. Zadzwoniła parę razy przez grzeczność, ale oczywiście nikogo nie było, czego była pewna, zanim zadzwoniła, bo zawsze wiedziała, czy ktoś, kogo szuka, jest w domu. To, żeby Lolo ją wykiwał, nie wchodziło w rachubę. Był jej serdecznym przyjacielem, a skoro nim był, to jedynym wytłumaczeniem tego, że nie był po nią na lotnisku, było to, że nie żyje. Minąć się nie mieli jak, bo czekała na środku holu ponad godzinę, pilnując bagaży. Raz wybrała się do budki zadzwonić. Najpierw wystraszyła ją jakaś strasznie szybko mówiąca kobieta. Potem Lolo oznajmił łaskawie, że nie może podejść do telefonu. Nie wyjaśnił, czy chodziło o paraliż, czy o nieobecność. Gorączkowo myślała, co zrobić. Nie miała planu miasta, nie miała pojęcia, gdzie jest, czym się tu jeździ, skąd wziąć taksówkę. Jeżeli tak dalej pójdzie - pomyślała - to pięć tysięcy dolarów schowane przemyślnie w staniku wystarczy akurat na zwiedzenie miasta taksówką.
Nagle od jednej ze ścian odlepiło się dwóch wysokich Murzynów. Byli nieprawdopodobnie obdarci i czarni. Stanęli nieopodal i przyglądali się sobie jak stado antylop lwu. Nie do końca czuła się antylopą, oni też nie mieli pewności, czy byli lwami. W większej walizce miała srebrne sztućce do ryby na dwanaście osób - pamiątkę rodzinną, obrus haftowany, sporą ilość swojej biżuterii srebrnej oraz absolutnie wszystkie kosmetyki. W walizce mniejszej nierozsądnie umieściła katalogi, przybory do malowania, karty do brydża i - idiotyczne w tej sytuacji - pół litra dla Lola oraz parasolkę składaną. Mało wiedziała o Murzynach, ale sama wzięłaby większą walizkę zamiast mniejszej. Są dwie teorie co do uratowania życia w sytuacji beznadziejnej. Albo się patrzy napastnikowi w oczy i zadaje jakieś proste pytanie, albo się udaje, że go nie ma, licząc na to, że staniemy się niewidzialni. Proste pytanie zadałaby chętnie, gdyby taka sytuacja wydarzyła się w Warszawie, ale jej angielski mógł tylko pogorszyć sytuację. Przebrana za królewnę Śnieżkę z biustem numer cztery nie miała co liczyć na niewidzialność.
Murzyni przysuwali się bardzo powoli, kopiąc od niechcenia śmieci i patrząc zupełnie nieprzytomnym, znarkotyzowanym spojrzeniem. Pożałowała swojego idiotycznego snobizmu, aczkolwiek chęć ułożenia sobie historyjki o tym, co się dzieje, tak aby się nadawała do opowiedzenia w SPATiF-ie, łagodziła jej strach, a była jeszcze torebka, w niej zaś wszystkie dokumenty, za to mało pieniędzy, ale wiadomo, że Murzyn lubi się sam o tym przekonać w swoim zacisznym gniazdku...
|