Listy do AgnieszkiAgusiu!
Ciągle ktoś się zabiera do książki o Tobie, wszyscy się strasznie biją, a trzeci korzysta i to będę ja. Tak sobie pomyślałam, że niektórych spraw oprócz mnie i oczywiście Ciebie nie zna nikt. Na przykład wątek Twojego normalnego życia z bólem głowy i brzucha, z nie dzwoniącym ukochanym, z matką, której zabrakło papierosów. Nie w styczności z STS-em i skłonności do alkoholu, tylko taka „everyday Agnieszka O.”. Pamiętam, jak się poznałyśmy. Ja byłam Twoją wielbicielką. Czego Ty w ogóle nie wiesz, bo gdy ja miałam naście lat, Ty miałaś dzieści i byłaś sławna. W każdym razie byłaś dorosłą kobietą, a ja zapóźnionym w rozwoju małolatem. Pamiętam Listy śpiewające, piosenkę Rodzi się ptak Skaldów i Eugeniusza, „który, między nami mówiąc, był ptakiem". Byłam oszalała, znałam wszystkie Twoje piosenki na pamięć. Słabe miałam pojęcie o tym, jak wyglądasz, nie były to czasy dużej kolorowej fotografii. Kiedyś Cię zobaczyłam w telewizji, opartą o fortepian, jak się przy nim gibałaś, chyba z Katarzyną Gertner. Twój wygląd nie miał znaczenia. Wiedziałam, że nigdy w życiu nawet się o Ciebie nie otrę i nigdy do Ciebie nie przyjdę. Byłam w Tobie zakochana, ale nie fanizmem, który podąża nachalnie śladem; byłam fanką, która rzetelnie uczyła się Twoich tekstów na pamięć. Wszyscy o tym wiedzieli i nikt z tego nie żartował. Nie kochałam się nigdy w żadnym aktorze, a uczyłam się na pamięć piosenek jakiejś kobiety. Swoją drogą, uczę się na pamięć bez problemu, tak że nie był to jakiś szczególny wyczyn z mojej strony. No, nieważne. Ważne jest to, że kiedyś, a był to rok osiemdziesiąty wiosną, zadzwonił telefon i powiedział:
- Dzień dobry pani, mówi Osiecka, czy mogę rozmawiać z panią Bakułą?
- Ależ oczywiście, to ja.
I wiem, że ktoś mi, znając moją miłość do Ciebie, robi kiepski kawał. A Ty mówisz:
- Proszę pani, ja bym chciała napisać o pani pracach.
A ja mówię:
- Ależ oczywiście - i położyłam słuchawkę.
Następnego dnia dzwoni do mnie nie pamiętam kto:
- Słuchaj, Osiecka mówi, że nie chcesz z nią rozmawiać, a ona chce napisać, bo się zachwyciła twoją wystawą.
Pamiętam, urwała mi się winda w brzuchu. Pomyślałam, że przecież jestem tak strasznie nieinteligentna i nieutalentowana w porównaniu z Tobą, że Ty od razu się zorientujesz, co masz o mnie napisać.
Za chwilę spotkałyśmy się na jakimś wernisażu w „Szpilkach". Bałam się, że do mnie nie podejdziesz. Na szczęście był Henio Malecha z nieodłączną siatką z lnianego płótna, który cały w lansadach podprowadził nas do siebie jak gotyckie oblubienice. Potem kupiłyśmy jakieś wino, wódkę, rozmawiałyśmy. Wymieniłyśmy telefony i tak się to zaczęło. Mój ówczesny narzeczony był z STS-u, więc z Tobą zaprzyjaźniony. Z kolei ja byłam w niezłej komitywie z Z. Nie pamiętam, dlaczego. W każdym razie myśmy się od tego czasu nie rozlepiły do końca. Może raczej, rozlepiałyśmy się i zlepiałyśmy. Dopiero po roku napisałaś w „Szpilkach" artykuł Wystawa pań paradnych. Fantastyczny po prostu, pełen miłości i ciepła, ze ślicznym moim zdjęciem.
Byłam wtedy ruda, miałam krótkie włosy i na wernisażu wystąpiłam w białym jedwabnym kombinezonie. Szalenie elegancko jak na wtedy. Kiedy przeczytałam, patrzyłam na Ciebie i zrozumiałam, że nigdy Cię nie dogonię, bo Ty jesteś poetką, a ja jestem tylko poetycka, bo jestem malarką. Że nikt na świecie, nawet Pan Bóg, nie jest w stanie przewidzieć następnego słowa, które powiesz. Miałaś głowę jak wartki górski potok. Nigdy nie było wiadomo, co ze sobą porwiesz.
To cześć!
|