 ...Dziewczynki były na tarasie i czekały na apel.
Nie miały pojęcia, dlaczego wyjeżdża, więc opowiedziała straszną historie o śmierci cioci zakonnicy, która wpadła pod pociąg, a pojutrze jest pogrzeb. Wszyscy jej współczuli i Bronka podzieliła się z nią ciastem z obiadu. Hania opowiadała o zmarłej wzruszające szczegóły. To ona, kiedy miała przepustkę z klasztorku obok, obsługiwała maszyny w domu. To ona czesała ją w precelki, to ona straciła wszystko i męża w czasie wojny, dlatego wstąpiła do zakonu. Historia była wstrząsająca, bo mało kto ma ciocię zakonnicę. Co prawda była wymyślona, ale świetnie tłumaczyła czerwone oczy Hani i dziwne zachowanie Mamusi. Nawet największa dziewczynka, Gertruda z Rybnika, popłakała się ze wzruszenia, przy opisie pielęgnacji Hani przez ciocię, w śmiertelnej chorobie.
Potem był apel i do wieczora miała czas na dokończenie swojej historii o strasznej śmierci Saby, który chcąc wyciągnąć ją z przerębla na gliniankach, sam tam wpadł jak kamień, a ona stanęła na jego grzbiecie, złapała się uschniętych szuwarów i cudem wypełzła na lód. Jaśniała, oratorskim natchnieniem, w kącie tarasu otoczona dziećmi, choć umierała ze smutku. Kilka dni na koloniach dodało jej skrzydeł i sprawiło, że chciała aby trwały wiecznie. Wszyscy zazdrościli jej urządzeń domowych, a najbardziej parowego magla z migającym radiem, które dostali w paczce od wujka z Francji. Nie była to do końca prawda, bo nigdy żadnej paczki nie było. Bieliznę maglowali u sąsiadki, a korespondencja z wujkiem umarła naturalnie po kilku wizytach jego siostry, babci, na milicji, ale było miło opowiadać jakie cudne rzeczy mają w domu. Hania święcie wierzyła w to co mówi, inni wierzyli jej, słysząc święty zapał w jej głosiku. Saba, był jej ulubionym tematem. Opowiadała dzieciom, to samo co kucharkom.
Tym razem mówiła bez przerwy, choć zwykle urywała i mówiła, że dalszy ciąg sobie przypomni, gdy ktoś ją czymś poczęstuje. To był świetny sposób na przekąszenie, żeby nabrać sił, bo posiłki były tylko cztery. Dlatego trzeba było wziąć chleb z obiadu i schować w walizce, a dojeść precelkami i drażami.
Gdyby zasłabła z głodu nie dokończyła by im opowieści, o tym jak w poligonowym lesie, kiedy była mała, zaatakowały ją i babcię wilki, które Saba pogonił aż do Rembertowa, prosto na wojskowy patrol, który wszystkie zastrzelił. Oniemiałe dzieci w zapadającym zmierzchu patrzyły w uwielbieniu na wielką, podjadająca niedojrzałe orzechy Hanię. Ona jedna siedziała na krzesełku, bo trudno by jej było, wstać z czyściutkiego lastriko. Wyglądała jak prehistoryczny stwór w sztruksowych ogrodniczkach i mogła by tak opowiadać całe życie. Kilka dni przedtem, uszaty wyraził powątpiewanie, gdy opowiedziała, że jej tatuś jest wybitnym piłkarzem i kapitanem drużyny. Mało nie zwariowała, bo ta jedyna historia była prawdziwa, aż się popłakała i uszaty ją przeprosił, chociaż było widać, że nie uwierzył. Może dlatego, że jego tatuś był „szychą” w Katowicach i jako syn takiej figury, miał przewrócone w głowie. Tak mówiły kucharki z którymi obierała kartofle. W ogóle jej się nie podobał, ale ona jemu bardzo, z czego wszyscy się wyśmiewali.
...
|