Pies i kot

H.B.
Najpierw o psach. Są bajeczne i zawsze się uśmiecham na ich widok.
Szanuję osoby biorące kundelki ze schronisk, acz nie jestem fanką kreatywnych mieszanek wyłącznie ze względów estetycznych. z tych samych powodów nie lubię domków z dobudówkami i wynalazków motoryzacyjnych typu auto zrobione z pralki Frania, odkurzacza i kół od lokomotywy. Wyjątkiem są ładni przedstawiciele mieszanych ras, z naciskiem na Mulatów.
Psa bym chciała mieć, ale nie jestem aż taką egoistką, żeby go zamęczyć samotnym siedzeniem w domu. Pies to kolega, który chce z nami być cały czas, a ja czasu nie mam nawet dla mamy.
Przewinęło się w moim życiu kilka psów. Najważniejszy byt bulterier Dynio. Biały z czarną łatką na oku. Było ich wtedy w Polsce tylko sześć, dlatego nie wiedziałam, jaki to potwór, ale się szybko dowiedziałam. Chodziliśmy dwa lata do szkoły dla psów, ale i tak dawał się przekupić tylko frytkami. Zawsze miałam kilka w torebce foliowej, na wypadek gdyby zapomniał, czego się nauczył, i chciał kogoś pożreć.
Był piękny, zgrabny, bardzo rasowy, po angielskich czempionach. Wybiegany godzinami za autem, wyglądał jak gladiator i kochał mnie z wielką wzajemnością. Byt mój, a mojego męża, którego znał od początku, tolerował życzliwie, ale nie słuchał, bo to ja byłam dowódcą stada. Godzinami patrzyłam, jaki jest piękny, i rysowałam go. kiedy tylko to było możliwe. Do dziś na moim oknie stoi jego portret z medalami, rzeźba ceramiczna, a obok zdjęcie zrobione, kiedy wąchał swoim czarnym noskiem fiołek w doniczce.
Osoby, które uważają, że bulteriery są brzydkie, odsyłam do lustra i nie podejmuję żadnej dyskusji, bo są to psy dla koneserów i osób o oryginalnych upodobaniach estetycznych, choć ostatnio w Polsce ich właściciele wyglądają bardziej agresywnie od nich. Dwadzieścia lat temu było zupełnie inaczej i tej rasy nie mieli bandyci tylko osoby z tak zwanego towarzystwa.
Dynio umarł na guz mózgu, mając tylko pięć lat. Od tego czasu nie chcę mieć psa, bo nawet Jack Russell, cud psina. nie jest tak piękny jak wariat Dynio, postrach Zalesia Dolnego.
Sprawa kotów też jest zamknięta w moim życiu. Przez kilka lat usiłowałam walczyć z pierzem dwóch białych persów: Upiora, kobiety, i Schuberta, mężczyzny. Były piękne, idealne do malowania i rysowania.
Miały fajne psie charaktery. Przybiegały na gwizd. Były karne i czyste. Bardzo było zabawne patrzeć, jak zachowują się nie po kociemu. Kiedy malowałam, kładły się pod sztalugą. Kiedy szłam umyć pędzle, wskakiwały na zlew.
Z własnej woli wchodziły do mnie do wanny z pianą i uwielbiały kawę z mlekiem. Robiłam im pół na pół neskę ze zbożową. Miały swoje filiżanki. Spały w dwóch końcach salonu, nawet nie marząc o wejściu do łóżka, i wyskakiwały z balkonu na drugim piętrze na widok mojego samochodu, kiedy wracałam do domu.
Pierwszy raz mało nie umarłam ze strachu, potem zapraszałam znajomych na pokazy, bo pod oknem była wysoka miękka trawa i kwiatki, więc nie było to żadne świństwo z mojej strony.
Problemem było pierze fruwające w powietrzu. Obsiadające kanapy, ale i olejne obrazy. Włosy kocie, pomimo wyczesywania, lekkie jak puch wirowały po całym mieszkaniu. Paliły się w tościarce i lepiły do palety. Musiałam zrezygnować z czarnych ubrań i zamykać pracownię, kiedy malowałam, wtedy miauczały jak w marcu, choćby to był sierpień. Trwało to kilka lat i było nie do zniesienia, bo wskakiwały na stół z wyciśniętymi na paletę farbami, a potem wycierały się w kanapę. Dom byt cały w kolorowe plamy, nie wyłączając perskich dywanów, których nie szanowały, choć patriotycznie powinny.
Moje koty chyba miały świra, bo uwielbiały zapach terpentyny i perfum. Tylko czekały, kiedy sięgnę po butelkę, ale Dynio też to miał. Nawet musiałam go perfumować, bo bardzo o to prosił, więc może używam zapachów odpowiednich dla zwierzyny albo zwierzyna zna się na rzeczy. Pierwsza powędrowała w świat Upiór. Spodziewałam się tragedii, a ta świnia kocica nawet się nie obejrzała, kiedy unosił ją słynny wizażysta Guerlaina, rosyjski malarz zakochany w niej po uszy. Potem wyemigrowali do Kanady i Upiór została modelką w tamtejszej edycji „Vogue'a". Potem Schubert zachorował i wzięła go na stałe pani weterynarz. Dzięki temu przeżył, a ja zakończyłam sprawę posiadania kotów, choć ciągle je rysuję i robię srebrną biżuterię z kotami, które patrzą sprytnie oczkami z emalii.
Na tym powinnam skończyć, ale muszę jeszcze słowo o źle wychowanych właścicielach psów, którzy twierdząc, że one nie gryzą, puszczają je bez smyczy albo narażają gości na kamienny bezruch, bo „spokojny piesek" pokazuje krwawe kły, gdy tylko się ruszyć. Co za chamstwo i brak wyobraźni. Nie daruję też osobom, które pozwalają swojemu ubłoconemu psu wchodzić na hotelowe łóżka. W ogóle nie popieram demokracji typu zwierzęta w hotelu, bo nie każdy tak jak ja je uwielbia i ma do tego prawo, pomimo protestów ześwirowanych właścicielek psów i kotów, którym zazdroszczę czasu na ich posiadanie.

A.I.
Byłam jedynaczką i czułam się z tego powodu poszkodowana, więc rodzice uznali, że zrekompensują mi brak rodzeństwa kupnem pieska. Żebym poczuła się ważna i miała się kim opiekować. To był piękny krótkowłosy jamnik, Bej. Ależ ja się cieszyłam, że będę jego panią. Że będę się nim zajmować, karmić i wychodzić na spacery. Pies warczał na mnie bez przerwy, ale tłumaczono mi spokojnie, że każdy szczeniak tak robi, bo chce się bawić, Bej rósł, przestawał być szczeniakiem, ale warczał dalej. Mojej matki nie odstępował na krok, a na mnie w ogóle nie zwracał uwagi. Kiedy zostawałam sama w domu, musiałam robić to. co chciał pies. Zejść z kanapy i ustąpić mu miejsca, wyjść z kuchni, bo je, w żadnym razie nie dotykać jego zabawek. Szczerzył kły jak wilk. Grał mi na nosie, rozwalając się pod nieobecność rodziców na ich pościeli. Gdyby umiał się śmiać, to jestem pewna, że robiłby to zawsze wtedy, kiedy zwracałam mu uwagę. Przy dorosłych chodził jednak jak w szwajcarskim zegarku. Wystarczyło, że usłyszał klucz przekręcany w zamku, już leżał grzecznie na swoim posłaniu. Trudno mi było się oszukiwać, że jestem jego panią. W sumie i tak dobrze, że mnie nigdy nie ugryzł, bo gryźć lubił, przez co udało mi się stracić nauczycielki - od angielskiego i gry na pianinie. Siostrze mojej mamy odgryzł kawałek palca. Udało się go wprawdzie doszyć, ale niesmak w rodzinie pozostał.
Po tym wszystkim rodzicom zrobiło się chyba mnie żal, bo tata któregoś dnia przyniósł do domu drugiego, trochę brzydszego jamnika - Fifkę. Tłumaczył, że suczki są łagodniejsze, mniejsze z nich indywidualistki. Cieszyłam się z mojej Fifki, była towarzyska i nie warczała. Ale szybko stało się jasne, kogo wybrała na swojego szefa, i oczywiście nie byłam to ja. Ojciec i Fifka nie rozstawali się ani na chwilę. Wszyscy czuli się szczęśliwi. Rodzice mieli po jednym wiernym psie, psy zaś miały .siebie nawzajem. Wiadomo było, kto jest przewodnikiem w stadzie, i wiadomo też było, że w tym łańcuchu zależności stanowiłam ostatnie, najmniej istotne ogniwo.
Moje psy, niestety, mnie zawiodły, ale nie zmienia to faktu, że i tak bardzo je kochałam.
Jak syn podrośnie, też kupię mu jamnika. Może będzie miał więcej szczęścia.

A.K.M
Zawsze mieliśmy psy, na ogół gończe, myśliwskie, czyli dokładnie takie, jakie się nie nadawały do życia w mieście Ale cel uświęcał środki, sprawa była najwyższej wagi, bo ojciec poczuł w sobie misję ratowania rdzennie krajowego gatunku - ogara polskiego. Pierwszy ogar zamieszkał z moimi rodzicami w bloku na Tamce jeszcze przed moim urodzeniem i nazywał się Szura. Kolejny też nazywał się Szura - oba byty notabene sukami o męskich imionach. Potem wraz z powiększaniem się powierzchni życiowej zmniejszał się format domowych psów, by ustabilizować się na poziomie miniaturowego jamnika trzymanego na 35 hektarach. Największą miłością mojego ojca byt Baxter, jamnik szorstkowłosy, drugi w kolejności na liście Najważniejszych Osób w Rodzinie, zaraz po wnuku (po Baxterze nie było długo nic, a potem reszta domowników). Pies dożył sędziwego wieku, ostatni rok jeździł sparaliżowany na wózku inwalidzkim i nosił pampersy dla wcześniaków. Któregoś ranka zadzwonił ojciec: Baxter odszedł od nas tej nocy. Chlip, chlip. Niech mu ziemia lekką będzie! Poszukiwania następcy trwały długo, Wreszcie w internecie został znaleziony jamnik z takim samym wyrazem twarzy jak Baxter. Ojciec długo i cierpliwie czekał na potomstwo sobowtóra. Aż nadszedł wielki dzień - malec byt gotowy do odebrania z wrocławskiej hodowli pani Goryl. Ojciec udał się po niego samolotem i wiózł małego Rysia w wiklinowym koszu, jak baba gęś. Ryszard Goryl wygrzewał się potem na jego piersi (tęsknił za mamusią), skubał mu brodę (przypominała mu mamusię), wyglądał jak czarna mysz i był słodki jak wszystko co małe, a teraz wiedzie wypasiony żywot na łonie przyrody i samotnych dziadków.
Trochę mniej szczęścia miał pewien kot przybłęda, przywieziony z Rumunii przez Studenta Dobre Serce. Student nie miał jednak warunków w akademiku, bo z kociaczka wyrósł wielki kocur, więc znalazł mu nowy dom - pod moim dachem. Mój synek nawet się trochę ucieszył. Kocur zamieszkał z nami, dostał posłanko, drzewo do drapania i zestaw zabawek, wszystkie możliwe szczepienia, kastracje i odrobaczenie. Jednak z dnia na dzień stawał się coraz bardziej nerwowy, szczególnie na widok syna, który jednak zapewniał, że bardzo kocha kotka i dobrze o niego dba. Kiedyś wróciłam wcześniej do domu i już od progu dobiegły mnie przerażające wrzaski. Darł się kot. Mój synek starannie dosuszał mu futro suszarką, bo właśnie wykąpał go w wannie. Podejrzewam, że nie pierwszy raz. Ale ostatni.
Nie ma więc się czym popisać, ale za to wśród moich znajomych są prawdziwi przyjaciele zwierząt. Bycie ich czworonogiem to sama przyjemność. Pewien rozsądny z natury profesor utrzymuje pusty dom w willowej dzielnicy, bo kot nie chce się stamtąd wyprowadzić. Profesor dojeżdża po pracy doglądać i karmić kocurka. Inny pupilek, lekko poturbowany przez wiejskiego kundla york, został na sygnale przetransportowany prywatnym jetem do kliniki w Szwajcarii. Na szczęście obrażenia okazały się błahe, a regularne wizyty u miejscowego psychiatry pomogły mu wyjść z traumy i znów cieszyć się życiem. Kolejny very important piesio, po rozwodzie swoich właścicieli, ma notarialnie zapewnione alimenty oraz weekendy ze swoim byłym panem. Zaprzyjaźniona chihuahua jest zawsze najmodniej ubrana i nigdy nie schodzi poniżej Gucciego, bo nie chce zejść na psy. Ach, to pieskie życie!