Godność onaniski

Ameryka nauczyła mnie wielu rzeczy, że wspomnę o tym, iż schabowy z kapustą jest niezdrowy, jak również, że zęby należy po pierwsze mieć, po drugie czyścić, ze włosy myje się co dzień, bo są integralną częścią tego, co wchodzi pod prysznic, ze drugi człowiek ma prawo do prywatności i braku czasu, itd., itd. Jak również tego, ze istnieje sfera erotyzmu zwana masturbacją. Włos się jeży. W moim słowniku nigdy nie było tego słowa. Nie miałam brata, którego by można było ścigać za tę najpotworniejszą ze zbrodni. Nie widziałam nigdy włosów, które jakoby wyrastają na dłoniach nadgorliwym samogwałcicielom, słowem, udało mi się cudem ominąć ten powszechny, psychologiczno-socjologiczny aspekt seksualny. Acz nie wiem, jak to było możliwe, bo chodziłam do żeńskiej szkoły, pełnej rozerotyzowanych dziewczynek nieprzytomnych z miłości do pana od historii. Po latach dowiedziałam się, że cała klasa się trochę onanizowała, szczególnie przy omawianiu bogactw naturalnych Czechosłowacji. Jest to jedna z wielu rzeczy, których nie zauważyłam. Nie wiem, na ile zubożyło mnie wzrastanie wśród erotycznych tabu, i już się nie dowiem, bo Ameryka od razu puściła mnie na szerokie wody. W czasie jednego z moich pierwszych przyjęć w Nowym Jorku pewna urocza, świeżo poznana dziennikarka z „Time Magazine” zapytała mnie, maczając marchewkę w białym serku, jak się onanizuję, zbaraniałam. Połknęłam selerek namoczony w tymże serku i zapytałam, wiedziona najstarszym instynktem: „A ty?” Tu drobna brunetka rozwinęła przede mną nieprawdopodobny wachlarz możliwości, acz najbardziej ukochała sobie szczelne zakładanie nogi na nogę na konferencjach. Jestem gęsią — pomyślałam i postanowiłam spróbować na najbliższej konferencji, acz zawód mam raczej wolny. Noga na nogę, podejrzliwie spoglądałam na kobiety w metrze, sama unikając tego sposobu siadania przy ludziach. Jednakowoż uznałam, że pytanie o samogwałt jest niezłe jako początek konwersacji. W parę dni potem, jadąc z zupełnie nowym adoratorem w stronę Warwick lewym skrajnym pasem autostrady z szybkością 70 mil na godzinę zapytałam go nonszalancko: „Jak się pan onanizuje?” Profesor fizyki, od dwudziestu lat w Stanach, człowiek XXI wieku, hamując wylądował na środkowej trawie. Tez gęś. Potem już była lawina. W najpopularniejszej w Nowym Jorku księgarni Barnes and Nobels na wystawie wielka albumowa książka „How to Masturbate with Dignity”, czyli „Jak się onanizować z godnością". Porady dla każdego wieku, płci, grupy zawodowej i preferencji seksualnych. W skrócie podaję przepis: po pierwsze, nie należy się TEGO wstydzić. Zamiast robić TO z byle kim, szczególnie w dzisiejszych czasach, lepiej zrobić to z osobą najukochańszą, o której mamy najlepsze zdanie, czyli ze sobą. Wersja najbardziej luksusowa, odpowiadająca amerykańskim snom o wielkim świecie, jest taka: kupujemy sobie kwiaty, ulubione wino, ulubione jedzenie, świecę do zapalenia, zakładamy frywolny negliż, zamykamy kota w szafie, nakrywamy stół, wypijamy wino i robimy sobie to, na co mamy ochotę, albo sobie coś wyobrażając, albo lepiej patrząc w lustro. Żadnego poczucia winy, żadnego poczucia niższości, żadnego kaca rano. Były też metody na skromniejszą kieszeń, to znaczy bez wina i kwiatów. Można wejść do wanny, puścić sobie „tam" prysznic i spokojnie czekać. Można też skorzystać ze specjalnego telefonu erotycznego i pogawędzić z panem o pięknym barytonie na temat tego, co też by zrobił i czym, gdyby nie odległość. Kosztuje grosze. W czasie rozmowy należy leżeć i pomagać sobie trochę ręką. W pewnym genialnym wywiadzie zawodowa pani od seks-telefonu opowiedziała, że kiedyś zadzwonił do niej pan, który uważał się za indyka, z propozycją, żeby go przyrządziła na Święto Dziękczynienia. Chwała Bogu, potrafiła gotować, bo tu już szło o większe pieniądze. Najpierw go oskubała, potem wypatroszyła, opłukała, natarła ziołami, nadziała, obłożyła słoninką, ułożyła na brytfannie, ale niestety pan nie wytrzymał i zawył już przy wkładaniu do piecyka. Tacy są mężczyźni. Ad rem. Znów poczułam się prowincjonalnie. Pomyślałam sobie o tych emocjach, które sama przeżywam, gdy niczym wieśniaczka pędzę nocą przez łąki do ukochanego Janka. Zrozumiałam, że przyczyną jest mój brak skłonności do autoseksu. Ale postanowiłam spróbować, umierając z ciekawości, jak poradzę sobie sama, ja - istota na wskroś społeczna. Zastosowałam się do wszystkich wskazówek i miotałam się po łóżku dobre pół godziny z nogami na supeł. Pozwolę sobie nie kończyć tej historyjki, bo wtedy też nie skończyłam. Czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał. Długa jest droga do cywilizacji, tak długa jak do dobrego dentysty i do zrozumienia słowa „stres". Dotychczas jakoś mi się nie składało z tą kolacją na jedną osobę; sama jeść nie lubię, a nigdy nie miałam za dużo czasu w wannie. Sufrażystką jestem do czasu tanga z atrakcyjnym mężczyzną po trzech kieliszkach szampana. Sam problem jednak mnie zainteresował. Swoje straszne pytanie zadawałam i zadaję różnym panom; panie interesują mnie mniej. Nie jest to wcale głupie. Po latach „badań” doszłam do wniosku, że sposób, w jaki chłopiec (lub duży chłopiec) uprawia masturbację, rzutuje bardzo poważnie na późniejsze stosunki seksualne. Że onanizm pomaga otworzyć się i likwiduje przynajmniej częściowo późniejszą niezdrową wstydliwość. Wiem, że to, co piszę, jest straszne. Już dymi dla mnie stos zapalony przez moralne nauczycielki, które chłopców przyłapanych na masturbacji w czasie wycieczki szkolnej piętnują przed całą klasą i wzywają rodziców, żądając średniowiecznych kar. Wiem, że zganią mnie matki dorastających synów i córek (tak, tak, dziewczynki tez to robią), o własnej nie wspomnę. Takie czasy. Psychologowie uważają, że każde tabu jest niezdrowe. Przygodne kontakty seksualne stały się niebezpieczne. Hasło „Niech żyje wolna miłość" wylądowało koło hasła „Niech żyje Pierwszy Maja". Pogoda brzydka, czasu jest dużo, a tematów do konwersacji mało. Ja polecam swój ulubiony.