 W wypastowanym do szaleństwa, beżowym linoleum odbijały się nosze na kółkach i wykrochmalone, pielęgniarki. Dostała łóżko przy drzwiach, w pokoju trzyosobowym. Pod oknem wsparte na łokciach spoczywały dwie młode , prawie identyczne, kobiety w natapirowanych, blond kokach. Miały umalowane na różowo usta i powieki na zielono. Uśmiechnęły się zdawkowo do Hani dalej i czytały, jedna Przyjaciółkę, druga Kobietę i Życie. Wujek poszedł, a Hania usiadła na łóżku, jak sierota z ulubionego obrazu Ślewińskiego. Oprócz zdjęć z Brazylii w klasach wisiały reprodukcje polskiego malarstwa. Macierzyństwo, Lecą bociany i Babie lato, Chełmońskiego, Czarodziejski ogród i Stańczyk, oraz Bitwa pod Grunwaldem. Wszystkie czarno białe, ale w muzeum można było zobaczyć jakie są naprawdę. Hania uwielbiała muzea, wiec chętnie chodziła z klasą i Babcią. Poza tym miała albumy od cioci Danusi, która nie znosiła ciętych kwiatów i niepraktycznych prezentów.
Ostatnio oglądały skarby przywiezione z Egiptu przez profesora Michałowskiego i Hania postanowiła zostać archeologiem- egiptologiem i wykopać jakiegoś wielkiego sfinksa. Na razie nie wiedziała, czy zda do następnej klasy.
Mama wróciła ze szczotką do włosów, czeskimi japonkami, prezentem od tatusia bąka i
swoją, piękną koszulką nocną w blade różyczki, z kokardką pod szyją i niczym do jedzenia. Dekamerona Hania schowała pod szafę, ale mama pamiętała o Czarodziejskiej górze Tomasza Manna, którą Hania czytała oficjalnie od tygodnia. Książka, nie była specjalnie ciekawa. Nic się nie działo, sami gruźlicy , ale akcja toczyła się w szpitalu, co teraz miało sens i można będzie porównać badania i posiłki. Hans już usłyszał trzaśniecie drzwi i zakochał się w madame Chauchat. Ciekawe, czy się pobiorą po kuracji. Gruźlica była uleczalna, czego dowodem była ciocia od Bąka. Ciekawe jakie będzie menu w tym szpitalu, bo u Manna jedli same pyszności? Mama rozpakowała siatkę z rzeczami i powiedziała, łypiąc na panie, które zamieniły się w ucho, że Hania musi leżeć na oddziale dla dorosłych, bo ma za duży biust, żeby być z dziećmi. Sale były koedukacyjne. Bardzo to było miłe, bo nie wyobrażała sobie rozbierania się, albo badań przy chłopakach. Potem przyszedł wujek, powiedział, że jutro badania krwi, a pojutrze operacja i zabrał mamusie na kawę, a Hania aż dygotała z przerażenia, bo naprawdę była w szpitalu i mieli jej rozciąć brzuch .
Na obiad był szary, rzadki krupnik, bez soli i gotowane, paskudne klopsiki z zielonymi kartoflami oraz kompot, serwowane przez zwalistą babę w nylonowym czepku, spod którego sterczały blond włosy. Hania zjadła wszystko z obrzydzeniem i poszła się rozejrzeć. W razie czego mama ją znajdzie. Pokoje były pootwierane i widać było leżące na łóżkach ciała w podobnych do jej szlafrokach. Były grube stare baby i uczesane w koki i chude w kapciach z futerkiem z królika, podobne do tych, które znalazły z mamą po powrocie z wakacji. Miały pikowane szlafroczki, a nogi zwisały im w powietrzu. Pachniało pastą do podłóg i obiadowymi garami. Na końcu holu, w którym się nagle, jak Alicja w krainie czarów, znalazła, był inny, męski oddział. Przed drzwiami stali panowie w piżamach, a z filcowych kapci wystawały im różowe i żółte pięty. Byli bardzo młodzi, ostrzyżeni prawie na zero i mieli twarze chłopów spod Grójca, gdzie jeździli jesienią, po jabłka. Patrzyli na Hanię jak ludożerca na misjonarza i słusznie, bo kokardka koszulki, ładnie wystawała spod klap paskudnego szlafroka, a na dole maszerowały szykowne, japonki. Włosy związała Hania gumką, więc z tyłu dyndał koński ogonek. Gdyby nie straszliwy głód, sytuacja była by bardzo ciekawa, choć chłopcy byli chorzy, bo zdrowy nie leży w szpitalu. Może umrą zanim Hania wyjdzie po operacji. Zadrżała z przerażenia. Jutro badania, a pojutrze ją pokroją. Nagle z szarej windy wysiedli wujek i mamusia, gadając jak najęci. Zarumieniona mamusia nie przypominała, tej udręczonej, z domu. Odprowadzili Hanie do pokoju i wujek opowiedział, że chorzy z korytarza są zdrowi, tylko się okaleczali, żeby ich wypuścili z wojska, Jeden połknął kilo gwoździ teksów, a drugi pałąk od wiadra, co podobno było dość łatwe. Spojrzały na siebie z mamą i zaczęły się śmiać.
...
|